
Pozwoliłem matce z dzieckiem przenocować u mnie dwa dni przed świętami Bożego Narodzenia, a w poranek Bożego Narodzenia otrzymałem paczkę z moim imieniem.
Stała na przystanku autobusowym, częściowo osłonięta małą plastikową wiatą.
Kobieta przyciskająca dziecko mocno do piersi.
Nie chodziła w tę i z powrotem.
Nie patrzyła w telefon.
Ona po prostu tam stała. Zupełnie nieruchoma.
Wiatr był bezlitosny – taki, który przecinał ubrania i kości.
Dziecko było owinięte w cienki kocyk, policzki miał czerwone od zimna. Wyjrzała z niego maleńka rączka, palce sztywne i zaciśnięte.
Poczułem ucisk w klatce piersiowej.
Przejechałem obok niej.
Przez może pięć sekund.
W tym momencie w mojej głowie zapaliły się wszystkie sygnały ostrzegawcze.
Wszystkie te wykłady o obcych.
Ciągłe przypomnienia, że jestem już matką – że nie mogę być beztroska.
A poniżej, w spokojniejszej myśli:
A co, gdyby to było ja?
A co, gdyby to było moje dziecko?
Zwolniłem.
Zatrzymano.
Ręce mi się trzęsły, gdy opuszczałem szybę od strony pasażera.
„Hej” – zawołałem. „Wszystko w porządku?”
Wzdrygnęła się i podeszła bliżej.
Z bliska wyglądała na nieopisalnie wyczerpaną – cienie pod oczami, spierzchnięte usta, włosy spięte w kok, który dawno już przestał się układać.
„Ja…” – przerwała i przełknęła ślinę. – „Spóźniłam się na ostatni autobus”.
Mocniej ścisnęła dziecko.
“Nie mam dokąd pójść tej nocy.”
Ona nie płakała.
Powiedziała to spokojnie, jak ktoś, kto wykorzystał już całą swoją energię na przeanalizowanie sytuacji.
„Masz kogoś w pobliżu?” – zapytałem. „Rodzinę? Przyjaciele?”
„Moja siostra” – powiedziała. „Ale ona mieszka daleko”.
Zawstydzona odwróciła wzrok.